„Witam, mam ofertę dla Państwa. Czy ktoś chciałby zarobić trochę pieniędzy? Poszukuję osób, które zechciałyby dobrowolnie umieszczać komentarze za pieniądze. Płacę 10 euro (ok. 40 zł) za 100 komentarzy, przelew na konto. Komentarze muszą zawierać treści szkalujące polityków PiS, jak i całe środowisko Prawa i Sprawiedliwości. Szczegóły i zasady przesyłam w e-mailu. Ilość miejsc ograniczona. Zapraszam chętnych. Mój adres e-mail:” i tu adres e-mail. Sądząc z brzmienia części adresu przed „małpką” – wsisur – to akurat ogłoszenie jest żartem. Jednak zatrudnianie ludzi do internetowych wpisów, neutralizujących niektóre niewygodne newsy, artykuły czy wywiady, jest faktem. Portal wPolityce.pl, na którym znalazłem informację z treścią cytowanego wyżej maila, sam, jak pisze redakcja, doświadczał zmasowanych i nieustannych ataków zorganizowanych „komentatorów”. Komanda zorganizowanych trolli zniekształcają rzeczywistość wirtualną. Ktoś, kto chciałby traktować wpisy na różnorodnych forach internetowych jako wyraz głosu ludu, myliłby się bardzo. Dziś główny wajchowy, a właściwie sojusz kilku takich wajchowych medialnych, bardzo mocno pracuje nad tonem głównego nurtu opinii docierających do Polaków. Trwa regularna wojna. Ale tylko jedna strona ma zorganizowane oddziały i przeznacza na zagłuszanie prawdy grube miliony. Medialne wędzidło zmienia kształt i kolor. Jednak cały czas są ci, którzy pracują nad jego udoskonaleniem.
Do zarządzania prawie czterdziestomilionową społecznością media nie wystarczą. Ludzie muszą otrzymywać co jakiś czas sygnały, że rzucać się nie warto. Że można w biały dzień na czarne powiedzieć białe. I wygrać, na przykład w sądzie. Popatrzmy na walkę o prawdę w Wałbrzychu. Parę miesięcy temu Sąd Okręgowy w Świdnicy odrzucił protest wyborczy, podważający ważność wyborów prezydenta miasta Wałbrzycha. Powodem protestu były informacje, że podczas głosowania doszło do korupcji wyborczej: kupowania głosów na rzecz komitetów wyborczych, zwłaszcza Platformy Obywatelskiej. Pod koniec marca wrocławski Sąd Apelacyjny nakazał świdnickiemu sądowi ponowne zajęcie się tym protestem i między innymi przesłuchanie pięciu świadków zgłoszonych przez autora protestu.
Świadkowie potwierdzili proceder kupowania głosów. Tym razem szwindel nie wypalił. Sąd wygasił mandat prezydenta z PO. Ale starali się, jak mogli. Jak to się stało, że w czasie pierwszej rozprawy sędzia nie dopuścił do przewodu sądowego osób mających istotne informacje w sprawie? Kto go do tego zachęcił i w jaki sposób? Czy ktoś ukarze tego sędziego? Media informowały o proteście powściągliwie, akcentując fakt, że autor protestu „przyznał jednak, że osobiście nie był świadkiem tego procederu”. Popatrzcie Państwo. „Jednak” czyni różnicę. O niedopuszczeniu świadków, na których to zeznaniach opierał się autor protestu, przypadkiem nie wspomniano.
I niech ktoś teraz powie, że pozostawienie na noc urn wyborczych w czasie ewentualnych dwudniowych wyborów w rękach prezydentów zwycięskiej partii niczym nie grozi. Władzy raz zdobytej łatwo nie oddamy. W jednej z polskich placówek dyplomatycznych w czasie ostatnich wyborów nastąpiło cudowne rozmnożenie kart do głosowania. Wyjęto ich o 100 więcej, niż zostało wydanych. Poligony doświadczalne? Na jakimś wysypisku śmieci walały się karty z wyborów prezydenckich. Tysiącami. Z zakreślonym nazwiskiem Jarosława Kaczyńskiego. Oczywiście mogły tam trafić po przeliczeniu. Ale dlaczego były to tylko karty ze wskazaniem na jednego z kandydatów? I czy na pewno były przeliczone? Ktoś da sobie za to uciąć rękę, że tamte wybory nie zostały sfałszowane?
Nie mam nic do powiedzenia o świętości. Papieża nie spotkałem. Kiedy w 1979 r. brat mojego przyjaciela pojechał na spotkanie z Janem Pawłem do Częstochowy, była to dla mnie egzotyczna decyzja. Szczególnie że wspominał ludzi wdrapujących się na latarnie, by ujrzeć Białego Pielgrzyma choć z daleka. Świat duchowy dla mnie wtedy, i jeszcze długo potem, w ogóle nie istniał. Nie jestem uczniem Papieża. Choć pracowałem w katolickim radiu, nigdy nie przeczytałem żadnej Jego encykliki. Jednak Jego list do artystów zmienił moje myślenie o kulturze. Wyzbyłem się nadmiernego pesymizmu. Kiedy myślę o życiu Karola Wojtyły, przeraża mnie konsekwencja, jaką musi wykazać się człowiek, by aspirować do świętości. Cała prawda o życiu modlitwy i o ascezie, jaką narzucił sobie Jan Paweł II, jeszcze nie dotarła do nas w pełni. Jednak to, co powoli przesącza się do mediów, nie jest pocieszające. Między życiem świętego a życiem przeciętnego człowieka rozciąga się przepaść. I nie jest pocieszeniem świadomość, że to nie Papież sam został świętym, ale że dał się Bogu doprowadzić do świętości. Bo nie mam pojęcia, jak dać się Bogu prowadzić tak, by naprawdę przemieniało się moje życie.
Czy da się napisać na zakończenie coś dającego nadzieję? Gdy w tysiącach istotnych rozmów z ludźmi znajduję mocną prawdę o świecie. Istotą ludzkiego życia jest cierpienie. Praktycznie każdy, kto odsłaniał swą historię w sposób intymny w rozmowie radiowej czy telewizyjnej, mówił o sytuacjach miażdżących. Najwięksi ludzie sukcesu, w pierwszych minutach kontaktu sprawiający wrażenie władców świata, jeśli decydowali się na szczerość, wracali do chwil absolutnej, raniącej do głębi bezradności.
Patrząc na Jana Pawła II myślę: od cierpienia uciec nie sposób. Więc chrześcijaństwo mówi prawdę. Warto cierpieć, nadając cierpieniu sens. Ale ja chyba nie chcę tej prawdy.