Rosja tak naprawdę nigdy nie porzuciła obecnej jeszcze przed 1991 r. polityki wobec świata arabskiego i islamskiego. Polityki pogłębiania współpracy z tymi krajami i cichego sprzyjania antyzachodniej polityce tych państw. Nie przypadkiem Rosja tak cicho, niemal niezauważalnie zareagowała na wiadomość o zabiciu Osamy bin Ladena.
> „Reakcyjna” polityka
Z kolei rosyjskie „niet” w Radzie Bezpieczeństwa ONZ podczas głosowania nad projektem rezolucji tylko potępiającej użycie siły przeciwko cywilom w Syrii przypieczętowuje zmianę w polityce Moskwy wobec wydarzeń tzw. arabskiej rewolucji. Przez kilka miesięcy Rosja trzymała się raczej w cieniu, nie angażowała w sprawę, ale też nie przeszkadzała za bardzo innym. Dziś widać już wyraźnie, że poczuła się bardzo pewnie na tym polu i wkracza na główną scenę wydarzeń.
Do rangi symbolu urasta głosowanie na forum Rady Praw Człowieka ONZ przeciwko rezolucji wzywającej do niezależnego dochodzenia ws. sytuacji w Syrii. Mimo że z góry było wiadomo, że rezolucja przejdzie, bo w tym wypadku Rosja nie ma możliwości weta, Rosjanie stanęli w jednym szeregu z Kubą, Pakistanem i Chinami. Dziś stanowisko Moskwy wobec wydarzeń w Libii i Syrii jest niemal identyczne z postawą Putina wobec wojny w Iraku.
Taka polityka nie powinna dziwić. Po pierwsze, Rosja zawsze jest przeciwna wydarzeniom mogących wzmocnić pozycję Zachodu, zwłaszcza USA. Po drugie, akurat w tym wypadku sama idea masowego powstania przeciwko porządkowi politycznemu jest przez Putina postrzegana jako zagrożenie dla stabilności w Rosji. Rosyjskie media nie próbują nawet ukryć skali przemocy w Syrii, ale przesłanie jest takie, że każdy reżim ma prawo do użycia koniecznej siły dla zdławienia nielegalnych rebelii.
Moskwa w charakterystyczny dla siebie sposób interpretuje zachowanie Zachodu na Bliskim Wschodzie. Jeśli chodzi o Egipt, to istnieje teoria „kontrolowanego chaosu”, jaki miały zastosować USA w celu usunięcia Mubaraka. Zarazem Rosjanie są przekonani, że największym bólem głowy UE jest teraz to, jak ograniczyć napływ imigrantów z Afryki Północnej, a USA nie są w stanie zapobiec przejęciu władzy w Egipcie, a także w Libii przez islamistów.
Generalny wniosek Kremla jest taki, że wpływy zachodnie w tym regionie w wyniku obecnych rewolucji bynajmniej nie wzrosną, lecz wręcz przeciwnie. Tę geopolityczną lukę zamierza wypełnić Moskwa. W przeciwieństwie do Waszyngtonu Rosja demonstruje lojalność wobec swoich sojuszników, choćby nawet było to mało popularne w świecie zachodnin – np. poparcie dla reżimu Asada.
> Oenzetowski fortel Rosjan
Zaledwie nieco ponad miesiąc temu wydawało się, że między prezydentem a premierem istnieje poważna różnica zdań ws. Libii. Dziś już wiadomo, że ten pokazowy konflikt był wirtualny – wszystkie moskiewskie ośrodki władzy realizują twardą linię polityczną. Uczyniły wojskową interwencję w Libii możliwą, wstrzymując się w Radzie Bezpieczeństwa od weta przy głosowaniu rezolucji nr 1973. To było mistrzowskie posunięcie rosyjskiej dyplomacji – opacznie zrozumiane przez administrację Obamy jako pozytywny efekt polityki „resetu”.
Doskonale wyłuszczył to potem Konstantin Kosaczow, szef Komitetu Spraw Międzynardowych: „Poprzez wstrzymanie się od głosu Rosja ustawiła się w pozycji, z której domaga się pełnego przestrzegania warunków rezolucji przez tych, którzy głosowali „za”, ale bez dzielenia się odpowiedzialnością z tymi krajami za polityczne konsekwencje ich interwencji”.
Potem wszystko potoczyło się po myśli Rosji. Zachód podjął operację w pośpiechu, zbyt wątłymi siłami. Ameryka szybko wycofała się na tyły. A NATO i tzw. Grupa Kontaktowa, którym USA oddały kierowanie akcją – walczą z jedną ręką związaną z tyłu.
Już 14 kwietnia Miedwiediew, ten sam, który zrugał wcześniej Putina za zbyt ostre krytykowanie rezolucji, wyraził obiekcje, czy interwencja jest zgodna z mandatem ONZ. Tydzień później Kreml ogłosił, że prezydent rozmawiał telefonicznie z premierem Grecji i zaakceptował jego propozycję (z pewnością inspirowaną przez samą Moskwę), żeby Rosja zaoferowała „mediacyjną asystę” w kryzysie.
Dzień później okazało się, że Siergiej Ławrow rozmawiał telefonicznie z premierem Libii Bagdadim al-Mahmudim. Ustalono, że konieczny jest natychmiastowy rozejm, a mediacje miałyby prowadzić Unia Afrykańska i ONZ, asystować zaś miałaby im Rosja. Pytanie, co rozumieć przez termin „asystować”? O stałym dialogu na linii Trypolis–Moskwa świadczy też ogłoszenie przez reżim Kaddafiego, że zwrócił się do Rosji o zwołanie nadzwyczajnego posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ w związku z „zachodnią agresją”.
> Idealny scenariusz dla Kremla
Rosja chce odegrać rolę mediatora w Libii, aby pogrążyć zachodnich sojuszników w libijskim pacie. Najważniejsze dla Rosjan jest obecnie zablokowanie wszelkich militarnych działań Zachodu czy też szkolenia i zbrojenia rebeliantów. Zdaniem Moskwy jest to niemożliwe w świetle rezolucji nr 1973. Niemal codziennie, czy to w Rosji, czy za granicą, Ławrow przypomina, że ataki powietrzne wykraczają poza mandat ONZ.
Oskarża Zachód, że nie zachowuje neutralności, tylko staje wyłącznie po jednej stronie. Moskwa obstaje też, że embargo na dostawy broni (rezolucja RB ONZ nr 1970) dotyczy dostaw dla całego terytorium Libii (także Bengazi).
Powrót sprawy Libii na to forum ONZ dałby Moskwie duże możliwości jeszcze większych politycznych zysków. W zamian za niezawetowanie rezolucji Moskwa mogłaby zażądać ustępstw od USA i NATO w innych sprawach, niezwiązanych z Libią, ale istotnych dla Rosji (choćby w Europie Środkowej czy na Kaukazie).
W interesie Rosji leży też utrzymanie reżimów w Syrii czy Jemenie. Celem polityki moskiewskiej jest pośrednia osłona reżimu Kaddafiego przy jednoczesnym utrzymaniu defensywnych zdolności bojowych rebeliantów.
Co zrobi Zachód? W każdym wariancie Rosja zyskuje. Przeciąganie obecnej taktyki nalotów z każdym upływającym tygodniem obnaża bezsilność NATO oraz sprzeczne interesy liderów zachodnich. W końcu, jeśli koalicja zdecydowałaby się na rokowania z Kaddafim, naturalnym pośrednikiem będzie Moskwa.
To byłby idealny scenariusz dla Rosji. Mogłaby zyskać wiele na innych frontach, a „wystawienie” Kaddafiego bynajmniej nie powinno nadmiernie jej zaszkodzić w oczach świata arabskiego. A dziś ma po swojej stronie potęgi z bloku BRIC, czyli Brazylię, Chiny i Indie, a nawet członka NATO – Niemcy.