Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Kiedy trwoga, to do narodu

Po redakcyjnych korytarzach „Gazety Wyborczej” niesie się chrzęst zwojów mózgowych; po Święcie Niepodległości szczujni redaktorzy głowią się ciężko nad nową definicją wroga.

Autor:

Po redakcyjnych korytarzach „Gazety Wyborczej” niesie się chrzęst zwojów mózgowych; po Święcie Niepodległości szczujni redaktorzy głowią się ciężko nad nową definicją wroga. Na razie w redakcyjnym rankingu najwyżej plasuje się redaktor Domosławski z określeniem „faszydoid”. Trochę koślawe, ale za to jakże przylepne – jak ulubiona substancja michnikowszczyzny. Niech ktokolwiek nazwany „faszydoidem” spróbuje udowodnić, że nim nie jest!

Samo skojarzenie wroga z faszyzmem to jednak nie dość. Potrzeba jeszcze odpowiedniego kierunku, żeby zaczadzone „Wyborczą” umysły podążały od razu wskazanym przez autorytety torem. Ale i pracę nad uwarunkowaniem pożądanych skojarzeń są już mocno zaawansowane: skojarzenia główne to oczywiście te z nacjonalizmem i kibolstwem. Faszydoid wyróżnia się tym, że mówi o narodzie, narodowej dumie i narodowej wielkości oraz nosi szalik i kibicuje. A, i jeszcze tym, że – jak to zauważył redaktor Domosławski – żyje „w królestwie symetrii”. To znaczy, nie zauważa, że cała racja zawsze jest po stronie „Gazety Wyborczej” i jej przyjaciół, i obłudnie usiłuje ją lokować pośrodku.

Trzeba przyznać, że po raz kolejny trybuna salonu okazuje się mieć potężną siłę kreowania rzeczywistości. Ledwie zdołała sformułować powyższy wizerunek pamięciowy wroga, przed którym po raz kolejny udało mu się „obronić Marszałkowską”, a postulowany typ pojawił się na ekranach wszystkich polskich telewizorów w osobie Donalda Tuska.

Tusk najpierw przyjął od pana prezydenta swój własny kibolski szaliczek, który był mu niegdyś podarował na okoliczność kampanii wyborczej. Teraz obrzęd publicznego przekazania szalika okazał się formą premierowskiej inwestytury. Specjaliści od protokołu już pracują nad obudowaniem w przyszłości tej nowej, świeckiej tradycji, godnym szaliczka rytuałem, bo ceremonia tego warta; na razie przekazanie dokonało się w sposób skromny, ale poruszający.

Następnie świeżo pasowany na pierwszego kibola III RP premier udał się do Sejmu i tam wygłosił mowę, sprowadzającą się do wezwania, by Polacy okazali się „wielkim, silnym narodem” – a „wielkim, silnym narodem” okażą się – jak wynikało z mowy – kiedy będą go nadal cierpliwie znosić i godzić się na kolejne wyrzeczenia, umożliwiające mu dalsze unikanie jakichkolwiek poważniejszych działań. Aby godzenie się na Tuska szło narodowi łatwiej, premier już zaczął ustawiać odpowiednią propagandową symetrię: po prawej i po lewej ekstremiści, a pośrodku on, jedyny zbawca narodu, w pocie czoła pracujący nad zapewnieniem mu wielkości i siły.

Nikt poważny oczywiście nie wątpi, że sięgnięcie przez Donalda Tuska po retorykę „wielkiego, silnego narodu” jest równie poważne jak wszystko inne, co w minionych latach nam powiedział i co jeszcze powie. Wycieranie sobie nagle przez premiera ust słowem drogim polskim sercom, a do niedawna delegalizowanym jako faszystowskie, to oczywiście sztuczka, zresztą stara jak retoryka: jeśli twój przeciwnik mówi mądrze, krzycz, że jest głupi i śmierdzi mu z gęby, a potem sam mów to samo jako swoje (gdyby takimi pogrywkami można było zmienić cokolwiek poza wizerunkiem, Tusk byłby mężem opatrznościowym). Ale mimo to – rzecz znacząca.

Wystarczy sobie przypomnieć – uczciwszy proporcję – kiedy po słowo „Ojczyzna” i po hasła patriotyczne sięgnął po latach retoryki internacjonalnej towarzysz Stalin: otóż wtedy, gdy niemieckie czołgi prawie już wjeżdżały do Moskwy. I przemiana Tuska w narodowo-kibolskiego faszydoida staje się zrozumiała.    

Autor:

Źródło:

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej