Teologia zawarta w kolędach
Lex orandi, lex credendi – ta stara zasada przypomina, że styl, sposób, treść modlitwy pozostają ściśle powiązane z zasadami wiary.
Narzekanie na polskie chrześcijaństwo, jego płytkość, słabość intelektualną, emocjonalność od dawna stanowi jedno z ulubionych zajęć katolickich, i nie tylko, intelektualistów. Ubolewanie nad faktem, że brak nam tak wielkich teologów, jak Yves Congar, Karl Rahner, Hans Urs von Balthasar czy Henri de Lubac – to jedna z ulubionych form biczowania polskich katolików przez lepszych i gorszych teologów, filozofów i publicystów. I choć można by spokojnie polemizować z tezą o braku wybitnych polskich teologów (najczęściej czytaną na świecie książką teologiczną jest „Dzienniczek” św. Faustyny Kowalskiej, która jako żywo jest Polką), to nie sposób nie zgodzić się z tezą, że rzeczywiście nie teologia jest szczególnym charyzmatem polskiego chrześcijaństwa.
Polski wkład w katolickość
Tyle że nie jest to zarzut. Każdy naród, jak to wspaniale przypominał Jan Paweł II, ma bowiem inną misję do spełnienia i inne wartości do przekazania. „Kościół jest katolicki – pisał Jan Paweł II w encyklice „Slavorum Apostoli” – także dlatego, że potrafi w każdym środowisku strzeżoną przez siebie Prawdę Objawioną, nieskażoną w Boskiej treści, przedstawić w taki sposób, by mogła spotkać się ze szlachetnymi myślami i słusznymi oczekiwaniami każdego człowieka i wszystkich ludów. Całe zresztą dziedzictwo dobra, które każde pokolenie (...) przekazuje potomnym, stanowi barwną i nieskończoną ilość kamyków, które składają się na żywą mozaikę Pantokratora, który pojawi się w pełnym blasku w czasie ponownego przyjścia”.
Polska nie musi być zatem „papugą Kościołów” zachodniej Europy (po co zresztą naśladować coś, co doprowadziło do wyludnienia świątyń), ale powinna odkrywać wciąż na nowo własną tradycję i własny sposób przeżywania chrześcijaństwa i katolicyzmu. A ten, pozostając łacińskim, przeniknięty jest słowiańskością, która sprawia, że od rozważań filozoficzno-teologicznych bliższe nam są i bardziej do nas przemawiają treści religijne wyrażone w języku sztuki. Jesteśmy w tym niezwykle podobni do Rosjan i Serbów, którzy także częściej niż językiem teologii posługują się językiem ikony (która według niebywale trafnego określenia ojca Jerzego Florowskiego jest „Ewangelią w kolorach) czy wielkiej literatury (wciąż najczęściej czytany rosyjskim myślicielem religijnym pozostaje Fiodor Dostojewski).
W Polsce jest podobnie. Nasze chrześcijaństwo realizuje się jednak przede wszystkim w poezji, wielkiej literaturze i pieśniach. Henryk Sienkiewicz, o czym nieczęsto się pamięta, był wielkim apologetą katolicyzmu, Adam Mickiewicz, przy wszystkich życiowo-moralnych problemach także pozostawił po sobie wiersze, które wciąż służyć mogą modlitwie, a Mikołaj Rej dla polskich protestantów pozostaje jednym z najważniejszych ojców reformacji. O Norwidzie, Krasińskim nie ma tu nawet co przypominać, bo każdy niemal Polak ma świadomość religijnego wymiaru ich twórczości. W efekcie polski katolicyzm jest literacki, poetycki, przeniknięty symboliką i emocjami obcymi bardziej racjonalnym wspólnotom zachodnim. Dzięki temu ma jednak w sobie ciepło, które szczególnie emanuje w czasie świąt Bożego Narodzenia.
Kolędowanie jako uprawianie teologii
To ciepło połączone jest jednak najbardziej z głęboką duchową mądrością, co widać w polskich kolędach. Część z nich ukazuje głęboko ludzki i trudny wymiar pierwszych dni Jezusa na ziemi, inne to niewielkie, wyrażone pięknym poetyckim językiem traktaty teologiczne. Tak jest z utworem Franciszka Karpińskiego „Pieśń o narodzeniu Pańskim”, która zapewne bardziej znana jest pod tytułem „Bóg się rodzi, moc truchleje”.
Nawet najbardziej pobieżna analiza treści tej kolędy wprowadza nas w najgłębsze tajemnice chrześcijaństwa. „Moc truchleje” – śpiewamy i jednocześnie wyznajemy, że Wcielenie Boga jest tajemnicą niezrozumiałą, przerażającą aniołów. Stara tradycja chrześcijańska głosiła, że głównym powodem upadku aniołów była niezgoda Najwyższego Archanioła właśnie na wcielenie. Aniołowie, którzy pozostali przy Bogu, zaakceptowali z miłością tę tajemnicę, ale w niczym nie zmienia to faktu, że takie „obnażenie Boga”, Jego rezygnacja z atrybutów boskości, nieskończoności i wcielenie w człowieka musi napełniać grozą i fascynacją (słynne „tremendum et fascinosum”, które według Rudolfa Otto pozostaje zawsze istotą religii).
Historię zbawienia poznać możemy z innych kolęd. „Na Ciebie króle prorocy czekali, a Tyś tej nocy, nam się objawił” – głosi kolęda z przełomu XVIII i XIX w. „Wśród nocnej ciszy”. A w kolędzie „Pójdźmy wszyscy do stajenki” uzupełniamy: „Witaj Jezu ukochany, od Patriarchów czekany, od proroków ogłoszony, od narodów upragniony”. I podobnie jak w przypadku poprzednich kolęd słowa te wprowadzają nas w najgłębsze tajemnice zbawienia, przypominając, że Chrystus został zapowiedziany przez proroków Starego Testamentu, że nauczanie i życie zarówno patriarchów żydowskich, jak i proroków, było wielkim oczekiwaniem na Zbawiciela, i bez Jezusa Chrystusa traci sens. Słowa o narodach także pragnących Pana odsyłają nas do prawdy o naturalnym objawieniu, które sprawiało, że ludzie wszystkich pokoleń i narodów uczciwie szukający Prawdy zawsze docierali, jak trzej królowie, choć czasem nieświadomie, do Boga, który stał się człowiekiem.
Całość artykułu Tomasza P. Terlikowskiego w najbliższym wydaniu tygodnika “Gazeta Polska”. W numerze film Joanny Lichockiej “Przebudzenie”
Źródło: