- Kilka miesięcy temu podjęliśmy dramatyczną decyzję o zamknięciu naszego zakładu we wrześniu. Jednak dzięki pomocy sponsorów dzieci nadal znajdują się pod naszą opieką – mówi „Gazecie Polskiej Codziennie” Magdalena Szymczyńska z Zakładu Pielęgniarsko-Opiekuńczego w Częstochowie.
W placówce znajduje się 20 dzieci do trzeciego roku życia. Trafiają do niego maluchy z całej Polski. Czasami przywożone są niemal zaraz po urodzeniu. Większość z nich jest poważnie chora. Cierpią z powodu uszkodzeń neurologicznych, wrodzonych wad serca, wad genetycznych.
Zakład – jak siedem podobnych placówek w Polsce – boryka się nieustannie z problemami finansowymi. Na początku roku „Codzienna” alarmowała, że grozi mu zamknięcie.
Zakład się zadłużył, bo Narodowy Fundusz Zdrowia przyznał mu za mało pieniędzy w stosunku do potrzeb. Ostatecznie udało się sprawę załatwić. Lecz szczęście nie trwało długo. Fundusz co prawda podniósł stawkę dzienną przypadającą na jednego pacjenta z 80 zł do 120 zł, ale zmniejszył o 30 proc. limit wykonywanych usług medycznych.
Szymczyńska przyznaje, że jej ośrodek znajduje się w dużo lepszej sytuacji niż pozostałe tego typu placówki. – Mamy najwyższą stawkę w Polsce. Są takie, w których stawka dzienna na jednego malucha jest niższa niż 80 zł – mówi. Trudną sytuację placówek pogorszyły także przeliczniki i ograniczenia wprowadzone przez NFZ w wypadku karmienia dzieci przez sondę. Ministerstwo Zdrowia tłumaczy, że decyzję w sprawie karmienia dojelitowego albo pozajelitowego może podjąć jedynie lekarz w szpitalu lub poradni prowadzącej leczenie żywieniowe. Tymczasem o konieczności tego typu żywienia trzeba niejednokrotnie decydować na miejscu. A w takiej sytuacji NFZ już nie płaci.
Magdalena Szymczyńska zwraca uwagę, że opieka nad jej małymi pacjentami wymaga dużo większych nakładów, niż przekazuje im NFZ w ramach kontraktu. – Tych dzieci nie można zaniedbać. Potrzebna jest dobra diagnostyka, którą często trzeba wykonywać w wielu specjalistycznych placówkach w kraju. Konieczna jest rehabilitacja, eliminowanie deficytów – przekonuje. To wszystko jest kosztowne, a NFZ nie chce płacić.
Aby zmienić tę sytuację, zakłady zajmujące się leczeniem i opieką nad dziećmi podjęły wspólne działania. Domagają się zmian finansowania. – Nie może być tak, że w grudniu dowiemy się, iż znów nie ma pieniędzy – mówi Szymczyńska. Jeżeli zakłady opiekujące się małymi ciężko chorymi dziećmi zostaną zamknięte, to niemowlęta trafią na oddziały szpitalne. Tam ich leczenie będzie droższe.
