Przypomnijmy: Paweł Deresz, w PRL zarejestrowany jako tajny współpracownik SB, powiedział dziś rano "Faktowi": Wcześniej czy później zostanie ujawnione nagranie amerykańskich i rosyjskich służb wywiadowczych, które - o czym jestem przekonany - potwierdzi, że w czasie rozmowy Jarosława Kaczyńskiego z Lechem Kaczyńskim padło sformułowanie "lądujcie koniecznie w Smoleńsku".
Oczywiście Deresz nie przedstawił żadnego dowodu na to, że takie słowa padły - pomijając już drobny fakt, że w Smoleńsku polscy piloci w ogóle nie lądowali, tylko odchodzili na drugi krąg (co jasno wynika ze stenogramów).
"Gazeta Wyborcza" zapytała Deresza, skąd ma wiedzę na temat takich słów. Wdowiec po jednej z ofiar katastrofy smoleńskiej odpowiedział: Ja wychodzę z założenia, że prezydent Lech Kaczyński był całkowicie uzależniony od Jarosława Kaczyńskiego. A moje przypuszczenie wywodzę z oświadczenia pana Lecha Kaczyńskiego po wyborze na prezydenta w 2005 r. kiedy mówił "Panie prezesie, melduję wykonanie zadania". Dlatego stawiam hipotezę, że w czasie lotu na uroczystości katyńskie pan prezydent, kontaktując się z bratem, zadał mu pytanie, lądować czy nie lądować?
Następnie, w tym samym wywiadzie, Deresz nazwał swoje słowa "prowokacją intelektualną". I dodał: "Mnie chodzi o to, by pan Kaczyński przekonał się, jak bardzo bolą różnego rodzaju hipotezy w sprawie tej katastrofy, nie poparte żadnymi dowodami. Chciałbym, żeby grupa Kaczyńskiego i Macierewicza - bo nie sądzę, żeby całe PiS zgadzało się z ich hipotezami - zrozumiało, jak wielką krzywdę wyrządzają rodzinom smoleńskim".
Na taki sposób rozumowania chciałoby się odpowiedzieć równie lotną "prowokacją intelektualną", np. stwierdzeniem, że Paweł Deresz opluwa pamięć śp. Prezydenta pod dyktando swoich dawnych kolegów z SB i innych służb specjalnych. Ale się powstrzymamy.
